Prezenty dla prawdziwych minimalistów

Narobiło się ostatnio tych przewodników prezentowych na blogach. Lubię rzucić na nie okiem i przejrzeć (na przykład Ryfka zawsze znajdzie coś, na widok czego mój wewnętrzny nerd podskakuje z radości. Przewodniki są ważne, bo to źródło dochodów dla wielu kolegów i koleżanek po fachu. Taki prezentownik często pomaga przełamać nasz wewnętrzny brak pomysłu. Jestem pewnie wyjątkiem, bo od 11 lat z mniejszym, lub większym (chciałabym oczywiście wierzyć, że większym…) powodzeniem kupuję prezenty tej samej osobie. Od małych prezentów i DYI poprzez piękne rękodzieło. Mój mąż również zaskakuje mnie idealnymi podarunkami. Potraktujcie proszę ten tytuł posta z przymrużeniem oka. Czy jestem prawdziwą minimalistką? W swoich oczach chyba tak. Na pewno wiem, jak ciężko jest wybrać upominek osobie, która nie dość, że wszystko ma, to najczęściej mówi „ale ja nie chcę żadnego prezentu, dzięki”. Która nie znosi podarunków z przypadku, nieprzemyślanych, durnostojek i bez sentymentu wyrzuca je do kosza, jak tylko osoba, która taki prezent dała, zniknie z pola widzenia. Z czego ucieszy się taki właśnie radykał jak ja i mnie podobni? Zapraszam do lektury tego krótkiego zestawienia.

Prezenty dla prawdziwych minimalistów

Emocje, miejsca i wrażenia

Najbezpieczniejszą opcją, wymienianą zawsze jako pierwsza na wszystkich znanych mi grupach i forach jest ta czysto niematerialna. Budżetowo mogą być to dwa bilety do kina na dowolny film (nie takie, gdzie zmuszasz obdarowywaną osobę do pójścia na przykład na polską komedię romantyczną, bo sam/a takie lubisz), voucher na kawę do ulubionej kawiarni (w moim przypadku będzie to oczywiście Green Nero, ale mam też w otoczeniu maniaczkę Starbucksa), czy karta upominkowa do sklepu ze zdrową żywnością. Weźmy też taki bilet na wystawę – jest okazja żeby ruszyć się z domu. Albo może koncert? Elvis w Krakowie będzie świetny!

Możliwości, zwłaszcza w większym mieście jest mnóstwo. Warsztaty z tworzenia ogrodów w szkle u Tomaszewskiego (marzę o tym, żeby kiedyś udało mi się na nie zapisać i żeby nie wypadały podczas koncertu który robimy na przykład nad morzem…), jeden z wielu inspirujących kursów w Cookupie (ciągle waham się między kursem pieczenia pieczywa, kręcenia bajgli a streetfoodem!), czy nauka podstawowych metod dziergania/szycia w Ciekawym Szyciu to tylko kilka przykładów, które przychodzą mi do głowy. Zamiast kolejnej rzeczy, zapewniamy obdarowywanego czymś zupełnie unikalnym.

Charytatywnie

Trochę kontrowersyjna pozycja, zwłaszcza w naszym kraju. Jak zareaguje mama lub ciocia, kiedy powiemy jej „zamiast kolejnego żelu Avonu, który wyrzucę bo nie wspieram tej firmy, przelej 20-30zł na konto dowolnego celu charytatywnego”? Pewnie na początku niepewnie. Ale warto wspierać dobroczynność, nawet w takim małym wymiarze. My w ramach prezentów świątecznych dla siebie nawzajem, kolejny raz przekazaliśmy darowiznę na fundację Mali Bracia Ubogich. Niestety ludzi i zwierzaków, którzy potrzebują pomocy jest tak dużo… Ale nawet, jeśli kwota jest niewielka, warto zrobić coś dobrego, zamiast kupować kolejną durnostojkę. No i oczywiście mamy dwa adoptowane zwierzaki. To ciągle mało, ale zawsze coś.

A może jednak jakaś rzecz?

Z rzeczami to jednak jest problem. Jeśli chcemy kupić coś przemyślanego, musimy tą osobę znać. Podam przykład ze swojego życia – dostajemy przesyłki od partnerów, w których często jest czerwone wino – bezpieczny klasyk. Ja czerwonego nie piję, więc obdarowuję nim koleżanki, które wychodzą zadowolone z dwiema butelkami. Tak samo będzie z wyborami uważanymi teoretycznie za bezpieczne – czekoladą (poza wersjami raw ma zazwyczaj mleko w składzie, więc od razu mnie uczuli i spowoduje ból brzucha), wspomnianym winem, czy dobrą kawą (której raczej nie pijam poza rzadkimi okazjami w sieciówkach). Nie ucieszę się ze świeczki czy niepasującego akcesorium do domu. Herbatę owocową zaniosę do wypicia w pracy, ale za to uśmiechnę się szeroko, jeśli w puszce znajdę na przykład wędzonego lapsanga, czy zieloną genmaichę z ryżem. Czytam ponad 60 książek rocznie, ale na Kindlu, więc zakup papierowej, chociaż miły, sprawia, że muszę się później jej jakoś pozbyć i szukać nowego domu. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność…

A jakie są wasze doświadczenia z prezentami? Jesteście wybredni, minimalistyczni, czy może wdzięczni? Dajcie znać w komentarzach!