Minimalizm – prostsze życie bez papieru

Jedna z najbardziej kontrowersyjnych spraw, jeśli chodzi o minimalizm. Widzę to wszędzie – na polskich blogach, na ogólnoświatowych grupach. Papier, książki, notatki ze studiów. Ludzie często piszą „minimalizm nie jest dla mnie bo kocham książki”. Zupełnie przypadkiem, kiedy szykowałam się do napisania tej notki, Kasia z Simplicite poruszyła mimochodem ten temat w poście o przeprowadzce. Przeczytałam „pół tony książek” i autentycznie poczułam, jakby ktoś zrzucił mi te pół tony książek zrzucił na plecy i przygniótł mi plecy i całe ciało, odcinając dostęp powietrza. W ramach uściślenia i pewnego rodzaju usprawiedliwienia dodam, że tylko w tym roku przeczytałam 60 książek według dość skrupulatnie prowadzonego profilu na Lubimy Czytać. Nie jestem statystycznym Polakiem, mam podwójne wykształcenie filologiczno-językowe, więc jak to możliwe, że w domu praktycznie nie mamy papieru?

minimalizm życie bez papieru

Studia to był czas papierologii stosowanej

Każdy z was to pewnie przechodził w jakimś stopniu. Kserówki, kserówki kserówek, tonięcie w książkach. Wynajmując pokoje z moim chłopakiem (obecnie najlepszym z mężów) musieliśmy mocno ograniczać naszą i tak niedużą przestrzeń życiową, bo tyle tego się przewijało. On – student politechniki z masą rysunków, projektów i wydruków. Ja – nadgorliwa podwójna pani filolog. Do tego zmieniając mieszkania studenckie wszędzie woziliśmy ze sobą wielkie, nieporęczne i zagracające biurko, które kupili teściowie na rozpoczęcie studiów syna. Włożyli w to zero, dosłownie zero pomyślunku. Było drewniane i solidne, owszem. Ale nie pasowało do żadnej z klitek w których z konieczności mieszkaliśmy na studiach. Nienawidziłam tego mebla, bałaganu jaki się na nim tworzył i cennej przestrzeni, którą zabierał.

Jak już wspomniałam, studiowałam dwa języki na raz, konkretnie specjalizowałam się w literaturze. Miałam tak dużo książek do noszenia i wypożyczania, że w sławnym BUWie założyli mi vipowskie konto z dwukrotnie większym limitem niż przeciętny studencina. Uwielbiałam to, czego się uczę, ale już wtedy nie znosiłam dwóch rzeczy: po pierwsze, wiele książek musiałam czytać na miejscu. Byłam przyklejona do krzesełka w BUWie, bo tomiszcza były dostępne tylko na miejscu. Oczywiście, wszyscy znajomi też tam byli i zawsze się na kogoś wpadło w kategorii literatury (co utrudniało mocno naukę, bo był to doskonały pretekst do wyjścia i porozmawiania), ale musiałam tam koczować. Po drugie, jeśli już udało mi się upolować książki na wynos, kończyłam z torbą wypełnioną 10 grubymi tomami, która była tak ciężka, że ledwo mogłam iść.

Częste przeprowadzki w mieszkaniach studenckich były straszne

Chociaż od prawie 4 lat mieszkamy na swoim, pamiętam przewożenie walizek i krzeseł (i tego przeklętego biurka) tramwajem po Warszawie. Było to męczące i stresujące z powodu braku samochodu. Bambetli, pomimo ograniczonego budżetu, było sporo. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam gdzieś o minimalizmie (było to 4-5 lat temu w jakimś angielskim źródle), to było jakby ktoś zapalił nad moją głową lampkę. Wywodzę się z domu chomików, gdzie trzymamy kilkaset opakowań po jogurtach bo to na pewno się przyda, dlatego temat tak szybko i intensywnie zaczął we mnie rezonować. Przeszłam już wtedy fazę kupowania wszystkiego i dużo po pierwszej poważnej pracy (a pracowałam o zgrozo w firmie odzieżowej!) i ogólnego zagubienia. Rozczarowania firmą gdzie przeżyłam ciężki mobbing (tak znana kosmetyczna firmo na A, patrzę na ciebie), dużo czasu na refleksje i zbliżający się wielkimi krokami zakup mieszkania sprawiły, że bardzo chciałam ułatwić nam przeprowadzkę. W tym czasie praktycznie nie czytałam książek, od czasu do czasu kupowałam gazety, ale podpatrywałam na najlepszego z mężów, który zakupił sobie fikuśny nowy gadżet, który był w tych zamierzchłych czasach nie lada ciekawostką – czytnik elektroniczny Kindle.

minimalizm życie bez papieru

Moment prawdy był bolesny

Odkryłam, że mamy w mieszkaniu co najmniej pięć gigantycznych pudeł ze szpargałami męża ze studiów, do których nie zaglądał ani razu, ale odmawiał kategorycznie próby przejrzenia ich, nie mówiąc już o wyrzuceniu czegokolwiek. Uparciuch jeden :) Ja swoje studiowe bagaże wyrzuciłam w dzień obrony magisterki, bo wiedziałam, że ani pamiątkowy indeks, ani notatki o tłumaczeniu Pingwinów z Madakaskaru raczej nie przydadzą mi się w życiu zawodowym. Udało nam się kupić mieszkanie, wiedzieliśmy, że mamy dwa miesiące na sfinalizowanie kredytu, mały remont i wyprowadzkę z wynajmowanego mieszkania. To był przełom – każdą rzecz oglądaliśmy po kilka razy, udało się też zajrzeć do pudeł ze studiów i zredukować ich ilość o połowę. Pozbyliśmy się wszystkich książek, które gdzieś zalegały (głównie dawno przeczytanych nietrafionych prezentów). Celem była możliwie bezbolesna przeprowadzka. Mieliśmy dwie pięty achillesowe, z którymi trzeba się było uporać: za dużo ubrań i właśnie papieru. Udało się.

Życie w nowym mieszkaniu bez papieru

Ten stan trwa już prawie cztery lata i przyznam się szczerze, bardzo mi odpowiada. Historia studiowych pudeł też ma niespodziewany happy end, bo mamy tylko jedno średnie pudełko schowane w piwnicy, skąd pewnie już nigdy go nie wyciągniemy. Nie mamy kiedy zamówić prenumeraty jedynej gazety, która naszym wspólnym zdaniem jest warta tego wydatku i marnowania papieru (Bloomberg Businessweek, ale jest też wersja na tablet/kindle/komputer), a ponieważ wprowadziliśmy te dobrowolne ograniczenia, to na przykład piękne Kukbuki przeglądam tylko przy okazji wizyt w knajpach, których przecież nam nie brakuje. Uczulam znajomych, że obydwoje mamy Kindle, więc papierowe książki nie są nam do niczego potrzebne i nie chcemy dostawać ich jako prezenty. Wyjątek robimy tylko dla notesów, z których korzystamy oboje w pracy do zapisywania swoich codziennych todosów, podsumowań ze spotkań i takich tam. Digitalizujemy co się da i dzięki temu dom jest dużo spokojniejszym miejscem. W Internecie często czytam, że dla ludzi jest to punkt stosunkowo najcięższy do przejścia, bo jak to żyć bez książek. A ja udowadniam, że można czytać dużo i różnorodnie i nie gromadzić. Nawet na czytniku mam maksymalnie 10 książek, żeby nie robić z niego magazynu. Da się!

A wy jakie macie pomysły na ograniczanie papieru, czy może wręcz przeciwnie, za bardzo lubicie książki, gazety, zeszyty? Dajcie znać w komentarzach!

  • Od niecałego roku walczę dopiero o te wszystkie papierowe rzeczy w domu, a raczej o ich ograniczenie. Jasne, z części książek i gazet nie chcę rezygnować, ale przełom nastąpił, gdy mąż namówił mnie na inwestycję w Kindle`a – wcześniej uważałam, że stracę magię czytania, ale okazało się, że jak książka jest dobra, to forma mniej ważna :P Część książek udało mi się oddać, prawie w ogóle już nie kupujemy ich w papierze – częściej za to wypożyczamy w bibliotece. Notatki ze studiów czekają jeszcze na przejrzenie, ale są ułożone, zapakowane tematycznie i zajmują może metrowy stos a4 – połowę pewnie jeszcze zniszczę, część zdigitalizuję, ale przed przeprowadzką do własnego mieszkania na wiosnę musi być już wzystko ograniczone :)