kuchenne opowieści, minimalizm, slowlife

Cztery lata minimalizmu w moim życiu – wnioski, refleksje

Cztery lata minimalizmu w moim życiu – wnioski, refleksje

Uwaga! To będzie długi post… 😉

Z pewnym rozrzewnieniem wspominam siebie mającą 26 lat. Zmieniało się wtedy wszystko – kupowaliśmy mieszkanie, spontanicznie postanowiliśmy zalegalizować nasze kilkuletnie narzeczeństwo kameralnym ślubem cywilnym. Pierwszy raz leciałam tak daleko samolotem – na słoneczną Maltę. Strefa prywatna mojego życia kwitła – i od 11 lat kwitnie do dziś.

Dla kontrastu: w pracy, w pewnej znanej firmie sprzedającej kosmetyki przez konsultantki pierwszy raz spotkałam się z mobbingiem i stresem ponad siły. Na billboardach były kampanie wspierające raka piersi i szeroko pojętą dziewczyńskość/kobiecość, a w biurze nieustanne rotacje pracowników, okropne sytuacje i wszystko, co złe. Kiedy lekarz kazał zrobić mi gastroskopię żeby upewnić się, że nie mam wrzodów na żołądku powiedziałam: dość. Wiele razy musiałam się z tego tłumaczyć na rozmowach kwalifikacyjnych, skąd to skakanie. Było to pierwsze zarzewie zmian zawodowych.

Cztery lata temu okazało się, że moja chęć ogarnięcia dobytku przed przeprowadzką z wynajmowanej kawalerki do naszego własnego M3 ewoluowała głębiej, mocniej w coś, co wkrótce okazało się mieć nazwę i zyskiwać coraz większą popularność. Minimalizm.

Teraz minimalizm to dobrze oswojony, znany stwór. Pojawia się w prasie, jest tematem artykułów internetowych, pisze się o nim książki. Społeczności minimalistyczne w sieci kwitną. Cztery lata temu wiedziałam jedno: mam za dużo starych, zniszczonych rzeczy niepotrzebnej jakości i zawalone różnymi klamotami życie. Nie wiedziałam, że chęć zmian się jakoś nazywa i że jest więcej ludzi takich jak ja.

Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałam blogi a później książki Kasi Kędzierskiej i Joasi Glogazy (którą poznałam osobiście i tajemnicą nie jest, że jest ze mnie jej straszną psychofanką 😉). Jako dziecko z zagraconego mieszkania z jednym rodzicem z silnymi tendencjami zbieracza – wiedzieliście, że mój tata kolekcjonuje np. kubeczki po jogurcie i opakowania po margarynie i ma już kilkaset – odkrywałam, jak bardzo można się zmienić i jak bardzo taka podróż jest czasem potrzebna.

Cztery lata minimalizmu w moim życiu – wnioski, refleksje, podsumowanie

Na początku nawet moja lepsza połowa trochę się ze mnie podśmiewała, bo strasznie nie w smak były jej moje pytania o to, czemu wozimy ze sobą pięć kartonów notatek ze studiów. ‘Boże, znowu chcesz wszystko wyrzucić” – mówił najlepszy z mężów z (doskonale udawanym) dąsem. Sam zapalił się do powolnego urządzania mieszkania –  kiedy wprowadziliśmy się do naszej bielańskiej rezydencji trochę z powodów finansowych, a trochę z ciekawości zdecydowaliśmy się nie kupować niczego poza niezbędnym minimum. Dość brzydkie na pierwszy rzut oka, ale słoneczne i ustawne mieszkanie z rynku wtórnego zyskało nowe życie: ściany z brązowych przemalowaliśmy na biało, stare linoleum zastąpiły piękne drewniane panele w stylu skandynawskim. Poprosiliśmy sprzedających o opróżnienie mieszkania ze wszystkiego, co nie jest w zabudowie – i na tej kanwie zaczęliśmy budować pomysł naszego miejsca na ziemi. Poza łóżkiem, kanapą, wymarzonym fotelem i stolikiem nie mieliśmy praktycznie niczego. Do tej pory (a niedługo minie 5 rok od kiedy tu mieszkamy) nie dokupiliśmy komody, czy nie zrobiliśmy remontu łazienki. Na wszystko przyjdzie pora – robimy to tylko po gruntownym przemyśleniu.

Do niedawna intensywnie udzielałam się na międzynarodowej społeczności minimalistów, czytałam każdy artykuł i nowość na rynku książkowym. Zauważyłam jednak, że w naturalny sposób włączyłam minimalizm w praktycznie każdej dziedzinie swojego życia i jest on dla mnie tak naturalny jak oddychanie. Długo myślałam nad tym podsumowaniem. Na większości blogów, a zwłaszcza w komentarzach widziałam takie określenia jak: opresyjny, dziwny, restrykcyjny, ograniczający. Dla mnie minimalizm daje dużą wolność. Czego nauczyłam się dzięki niemu podczas tych 4 lat?

Nie muszę być taka jak wszyscy

Truizm? Może dla was. Wychowywałam się w małym mieście, takim książkowym Miastku na Lubelszczyźnie. Życie płynie tam z góry ustalonym nurtem: w niedzielę chodzisz do kościoła, w weekendy do jedynego klubu w miastku (gdzie na początku starsze roczniki z liceum kupują ci piwo), znajdujesz sobie kogoś, zachodzisz w ciążę, bierzesz ślub i zostajesz tu na zawsze. Ewentualnie idziesz dla niepoznaki na studia, co weekend jeździsz do Miastka i w rezultacie nigdy tak naprawdę go nie opuszczasz. W moim Miastku ludzie wykazują niewiarygodny poziom wścibstwa, każdy zna każdego i mentalność jest zupełnie inna niż w dużym mieście. Pamiętam, że idąc do wspomnianego wyżej Smoka żeby spotkać się ze znajomymi z liceum zauważyła mnie ciotka. Zadzwoniła oburzona do mojej mamy, że pozwala 18-latce wypić piwo w lokalu w centrum miasta i posłuchać muzyki o 19 w nocy. O 19 w nocy.

Minimalizm był jedną z wielu etykietek jaka się do mnie przykleiła, tym razem bardziej świadomie. Dobrze pasuje do osoby niewyznającej jedynej słusznej religii, bez ślubu kościelnego, bez wesela, bez nowego mieszkania na gigantyczny kredyt. O i nie znoszę i nie obchodzę świąt – minimalizm pozwala mi lepiej wytłumaczyć dlaczego wybiorę spacer nad Wisłę zamiast imprezy czy czegoś, czego się po mnie oczekuje.

Cztery lata minimalizmu w moim życiu – wnioski, refleksje, podsumowanie

Nie muszę przyjmować rzeczy które mi nie odpowiadają

Nie mówię tu tylko o tej oczywistej części, czyli nieudanych prezentach. Jestem w tym temacie boleśnie szczera. Zazwyczaj oznajmiamy na święta, że nie chcemy niczego i nie chcemy sobie zawracać głowy kupowaniem prezentów rodzinie. Dostają od nas świąteczną kawę lub herbatę, zgodnie z preferencjami, ewentualnie butelkę dobrego wina. Próby wciskania nam jedzenia którego nie jemy, słodyczy, produktów z nabiałem kończą się tak, że zwyczajnie zostawiam te prezenty u obdarowującego. Fochy? Były i są. Nie uznaję tłumaczenia że ktoś chce zrobić mi przyjemność podarunkiem i nie zadaje sobie trudu żeby zapytać (jeśli nie zna mnie na tyle dobrze). Pół biedy, jeśli dostanę czerwone wino po którym mam straszne migreny, bo wymieniamy się  z szefową w pracy. Ona mi białe, ja jej czerwone. Transakcja barterowa! 😉 Kiedyś próbowała mnie tak unieszczęśliwiać teściowa wkładając do koszyka w IKEI rzeczy które podobały się jej, ale były dla nas. Kosmetyki które mnie uczulają, brzydkie kwiatki, durnostojki – kiedyś to wszystko lądowało w koszu. Dziś po prostu takich rzeczy nie przyjmuję.

Minimalizm to spokój i skupienie się na tym co dla mnie ważne

Ostatnio zszokowałam znajomych mówiąc im, że o 21:30 zazwyczaj leżę już w łóżku. Nie jest tajemnicą, że nie jest łatwo nas gdziekolwiek wyciągnąć. Lubimy podróżować, zwiedzać i dużo spacerować, ale wyspanie się należy do jednej z moich ulubionych rzeczy na świecie. Miewałam kiedyś wyrzuty sumienia że, w przeciwieństwie do znanych minimalistów i blogerów związanych z oszczędzaniem zdarzają mi się takie zakazane rzeczy jak kawa na mieście (przecież można do termosu), jedzenie na mieście (jak wyżej), częste chodzenie do kina (przecież można oglądać Netflixa). I wiecie co? Będę sobie popijać moją kawę z tarasu Green Nero, gapiąc się na Wisłę tyle razy w tygodniu, ile będę chciała. A co!

To były moje cztery lata minimalizmu. A jakie są wasze refleksje związane z minimalizmem? To coś dla was czy wręcz przeciwnie?

 



1 thought on “Cztery lata minimalizmu w moim życiu – wnioski, refleksje”

  • Dzieki temu, ze nie wydajesz na zbytki, stac Cie na kawe na miescie i kino. Zycie ma sie jedno, nie wyobrazam sobie dziadowac, nie wyjsc do restauracji czy kina, bo minimalizm to oszczedzanie pieniedzy. Dla mnie absolutnie nie. Takze popieram Cie w rozkoszowaniu sie widokami i pyszna kawa przygotowana przez bariste :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *