5 prostych pomysłów na prostsze życie slow life

No i minimalizm rozhulał nam się na dobre na blogu. To chyba żaden problem, prawda? ;)

Żyjemy w czasach, gdzie dziennie otrzymujemy większą ilość bodźców i bombarduje nas tyle informacji, ile człowiek kilka wieków temu otrzymywał przez całe swoje życie. Z jednej strony dwudziesty pierwszy wiek to wiek możliwości i relatywnego spokoju, przynajmniej w naszej części świata, z drugiej jest to również epoka ogromnych zmian i jaskrawych niesprawiedliwości. Według raportu Oxfam, w przyszłym roku 1% najbogatszych ludzi na świecie będzie posiadać więcej kapitału, niż 99% pozostałych. Dla mnie te dane są szokujące, ale i interesujące.

W świecie sprzed epoki Internetu te nierówności nie rzucały się aż tak w oczy, bo zwykli ludzie nie mieli dostępu do Instagramów, czy blogów osób stosunkowo zamożnych, światowych. Widać to bardzo pośród czytelników takich właśnie blogów, gdzie wnętrza są zawsze piękne, śniadania artystyczne, a podróże bajeczne. Często czytam w Internecie pełne niechęci komentarze pod postami – to tylko dla bogatych, ciekawe jak kupię tą bluzę eko skoro kosztuje aż 300zł, ten post nie jest dla zwykłego zjadacza chleba, nigdy nie będzie mnie na to stać, jesteś oderwany/a od rzeczywistości. Jak sobie radzić, kiedy rzeczywistość wszędzie wygląda lepiej i trawa jest zawsze bardziej zielona gdzie indziej?

5 prostych pomysłów na prostsze życie

Sama nie jestem wolna od drobnych przywar w tym temacie, ale od kiedy zaczęłam praktykować minimalizm, wiem, jak bardzo nie warto przejmować się rzeczami materialnymi jako takimi. Kiedy wracam do domu rodzinnego, często spotykam się z bardzo krzywdzącym podejściem, że tobie to łatwo mówić, pracujecie i mieszkacie w Warszawie to macie łatwiej, co najmniej jakby wyprowadzka do stolicy i życie w niej było czymś pomiędzy tytanicznym osiągnięciem zapisanym złotymi zgłoskami, a dziwacznym piętnem wypalonym na czole. Podjęliśmy decyzję, porzucając wygodnie życie z rodzicami i domowe obiadki i wyprowadziliśmy się na studia, gdzie, zamiast jak moje koleżanki w czwartek wieczorem wracać do rodziców z torbą pełną prania i pustymi słoikami wolałam pracować, rozwijać się, studiując jednocześnie dziennie 2 kierunki na UW.

5 prostych pomysłów na prostsze życie

Moje życie to suma wyborów i nie podoba mi się, że ktoś, kto nie ma odwagi spróbować zmienić życia na lepsze, uważam, że wszystko spadło mi z nieba. Otóż nie, nie spadło. Ale łatwiej jest powiedzieć coś przykrego, czy zostawić niemiły anonimowy komentarz, zamiast raczej zastanowić się nad swoim życiem.

Warszawa to miasto możliwości, ale też wyzwań. Wszystkiego jest tu dużo. Pamiętam ten miły szok, kiedy okazało się, że w różnych kinach grane jest kilkadziesiąt najróżniejszych filmów (zamiast jednego dziennie, jak w moim rodzinnym mieście), albo to uczucie, kiedy jedziesz sobie spokojnie metrem do pracy i nieważne, jak wyglądasz, jaki masz kolor włosów i jak fikuśny jest twój kapelusz – nikogo w tłumie ludzi to nie interesuje na tyle, żeby się na ciebie gapić lub komentować. Codziennie odbywają się liczne wydarzenia, często bezpłatne, więc zawsze jest gdzie się wybrać, co zjeść i co robić. Sklepów też jest od groma, galerie kuszą promocjami i zachęcają do szybkich, bezrefleksyjnych zakupów.

Niesamowity jest również fakt, że żeby zobaczyć się z przyjaciółmi nie wystarczy po prostu wybrać się na spacer i zadzwonić domofonem, bo mieszkają niedaleko (pozdrowienia kochani sąsiedzi z Bielan, tęskno mi za wami strasznie!). Trzeba się umawiać i to z wyprzedzeniem, bo do pogodzenia są conajmniej 2-4 napięte terminarze. A spotkanie w Centrum oznacza zazwyczaj powrót ok 22-24 i brak możliwości przygotowania się do następnego dnia. Kosmos, szczególnie dla kogoś, kto spędził 18 lat w miejscowości liczącej 50,000 osób.

5 prostych pomysłów na prostsze życie

Mieliśmy ostatnio taką dyskusję z pewną osobą z rodziny najlepszego z mężów, która była wręcz oburzona faktem, że miałaby się zapowiedzieć wcześniej, przed przyjazdem do nas. Bo przecież jest rodziną a nie obcą, a to oznacza, że może sobie przyjechać kiedy chce. Pomijam takie rzeczy jak bycie nieprzygotowanym z bałaganem, jedzeniem etc. Problem w tym, że takie odwiedziny mogłyby nie dojść do skutku, bo jesteśmy gdzieś poza Warszawą, na przykład grillujemy na Brzezinach, czy polecieliśmy spontanicznie do Wrocławia za 9zł Ryanairem na weekend i niestety nie mamy kiedy się spotkać.

Faktem jest, że moje życie, jak na marketing managera w średniej wielkości start-upie jest i tak bardzo dynamiczne, Bardzo. Godzenie tego i jeszcze bardziej zapracowanego życia mojej lepszej połowy, która w obecnej pracy zaczyna i przez to kończy pracę później niż ja to nie lada wyzwanie dla nas obojga. Tu konferencja, tam wylot do Budapesztu, tu spotkanie, a jeszcze w branży zbliża się sezon, co oznacza nawałnicę pracy, u męża przetarg… Ratuje mnie właśnie życie slow, a przynajmniej próby zwolnienia tak bardzo, jak to możliwe. Poniżej znajdziecie 5 moich całkowicie subiektywnych rad, jak prowadzić prostsze i nieco mniej zabiegane życie:

Detoks informacyjny

Pisałam o nim w notce o 5 najlepszych książkach minimalistycznych. Dobrowolnie odcinam się od portali informacyjnych, tanich sensacyjnych newsów, tzw. click-baitów, nie oglądam Faktów ani tego typu programów. Jest to punkt sporny między mną a moim mężem, który uważa to za dziwactwo i sporą przesadę. ale jestem w tym konsekwentna i nie zamierzam tego zmienić w najbliższym czasie. Nie obchodzi mnie, że wychodzę na ignorantkę, bo nie wiem, co powiedział jakiś polityk, nie wiem, że wchodzi ustawa, czy umowa. Szczególnie, że nie ma to tak na prawdę realnego wpływu na moje życie. Instaluję pluginy blokujące strony plotkarskie, wypisuję się z newsletterów, stron na Facebooku, odsubskrybowuję nieoglądane kanały na YT. Działa!

Bycie offline

To dużo trudniejsze niż poprzedni punkt, zwłaszcza dla osoby, która pracuje w Internecie. Bardzo ciężko jest tego pilnować, ale staram się, zwłaszcza wieczorami, nie być online po 21 i nie zaglądać tam rano, przed wyjściem do pracy, plus oczywiście godziny offline w weekendy. Nałatwiej chyba wyłączyć się na wakacjach, ale niestety wakacje nie mogą być cały rok, a szkoda, bo wtedy po prostu leżałabym na plaży i czytała jedną książkę za drugą. Warto tego pilnować szczególnie teraz, kiedy nie ma pogody żeby po prostu wyjść na spacer nad Wisłę, czy wsiąść na rower. Polecam ustalić sobie godziny i sztywne zasady – na przykład automatyczne przechodzenie w tryb samolotowy po określonej godzinie. Opcja dla ekstremistów – kiedy opowiadam o tych próbach, znajomi mówią „tak, interesujące” – z nosami w swoich smartfonach ;)

Wychodzenie z domu ale unikanie galerii handlowych

Znowu, najtrudniejsze w zimie, ale nie niewykonalne. Pamiętam, że do pewnego momentu życia galerie handlowe były moim drugim domem – musiałam przejść 3/4 sklepów w Arkadii, żeby upewnić się, czy obejrzałam wszystko na wyprzedaży. Umówić się gdzieś z koleżanką? W galerii handlowej, no tak. Kilka wolnych godzin? Czas na window shopping.

Teraz łapię się za głowę, patrząc na to, ile zmarnowałam w ten sposób czasu i pieniędzy. Unikanie galerii, o ile nie mam ważnego powodu, żeby tam zajść (na przykład do Leroy Merlin, gdzie raczej nie zamówię kwiatów on-line). Zamiast galerii umawiam się w nowym, ciekawym miejscu na mieście. Zamiast dużego multiplexu staram się wybierać kina studyjne (Kino Wisła rządzi!), a zamiast sieciówki (z wyjątkiem polskiego Green Nero) małą lokalną kawiarnię.

Kiedy robi się ciepło, każde miejsce się nadaje. Wystarczy tylko wsiąść na rower i godzinę później można karmić wiewiórki w Łazienkach, czy wygrzewać się na leżaku nad Wisłą, albo spacerować po pięknym Ogrodzie Botanicznym.

Adopcja zwierzaka

Zwierzę to obowiązek! – niech zgadnę, też słyszeliście to wiele razy w dzieciństwie? U mnie rodzice nigdy nie chcieli zgodzić się na psiaka czy zabiedzonego kota znalezionego na podwórku i teraz, będąc dorosła, mogę w końcu sama o sobie zadecydować i oddać trochę dobra do świata.

Mam taką subiektywną refleksję, która nasunęła mi się dosłownie kilka dni temu, kiedy koleżanka w pracy zapytała, czy widziałam pięknego psa Kasi Tusk na Instagramie. Kiedy wyszukałam Make Life Easier, moim oczom ukazał się najsłodszy spaniel na świecie. Mam do tej rasy ogromny sentyment (Flos, pieseł mojego męża, który był w rodzinie 14 lat był właśnie takim skundlonym spanielkiem), ale mimo wszystko pierwsza rzecz, jaką pomyślałam, to „Czemu taka wpływowa i marketingowa osoba nie zaadoptuje jakiejś potrzebującej biedy i nie da sama dobrego przykładu?

To chyba silniejsze ode mnie. Zawsze mnie to dziwi, że „top” blogerki wybierają rasowe zwierzęta (tu, tu i tu), kiedy tysiące istnień czeka na pomoc i dobrego człowieka w schroniskach, albo, co gorsza, porzuconych gdzieś w lesie. Zawsze czuję ogromną sympatię, kiedy widzę zdjęcia Neli u Kasi, czy Chrupka u Styledigger, a kiedy sąsiad w windzie mówi mi,  że brązowa suczka nie da mi się pogłaskać, bo dużo w życiu przeszła i nie boi się tylko jego i jego żony, autentycznie ściska mnie w dołku. Nasza okolica ogólnie obfituje w najróżniejsze pieseły, bo do Lasku Bielańskiego mamy niecały kilometr, więc jest gdzie spacerować.

Sama, ze względu na zabiegany tryb życia nie mogę chwilowo adoptować akurat psa (chociaż kiedy zapytałam mojego szefa, Węgra, co sądzi o pomyśle przyprowadzania przeze mnie takiego hipotetycznego psa do pracy uśmiechnął się i powiedział „I don’t see a reason why I would say no, we have someone who brings a dog to work in HQ as well„), ale dzięki SPŚM od półtorej roku mieszkają z nami dwie świnki morskie, na których były testowane leki.

Pisałam tu już kilka razy o Rico i Morcie (ponieważ prosiaki trafiły do domu tymczasowego w lany poniedziałek, nazywały się kiedyś Śmigus i Dyngus). Podobieństwo imion do popularnej bajki jest jak najbardziej celowe – jeden z nich jest szalonym wariatem, a drugi słodką przylepą z wielkimi oczami. Kiedy do nas przyjechali, bardzo ale to bardzo bali się ludzi. Nic dziwnego – po przetestowaniu partii szczepionek zwierzaki są dla firmy bezużyteczne, więc gdyby nie pomoc Stowarzyszenia, już by ich nie było. Nie znali innego smaku niż marchewka (tani pokarm) i tego, że ludzie potrafią być dobrzy. Przez kilka dni byli tak przerażeni, że nie wychylali się spod półek w klatce.

Po półtora roku mamy w domu dwa grube i szczęśliwe zwierzaki. Najbardziej widać to wtedy, kiedy mój mąż, któremu rozwinęła się na nie straszna alergia, weźmie je na kolana. Kiedy przychodzi czas na koniec głaskania, zapierają się łapkami i nie chcą wracać do klatki, a w trakcie przytulają się do swojego człowieka i zasypiają, ufne i szczęśliwe. Uważam, że opieka nad zwierzęciem to fantastyczny sposób na zmniejszenie stresu i zwiększenie dobra i miłości w swoim życiu. Na zdjęciu poniżej król stada, czyli nasz samiec alfa, Rico.

5 prostych pomysłów na prostsze życie

Outsourcing usług i obowiązków

Na koniec nieco kontrowersyjny punkt. Jeśli nie lubisz  lub twierdzisz, że nie umiesz gotować (dziwnie mi to pisać na blogu w połowie kulinarnym, tym bardziej, że uważam, że gotowanie jest proste i przyjemne ;)), kupuj gotowe dania lub jeśli Cię na to stać, jedz na mieście bez wyrzutów sumienia. Na blogach mamy świat gdzie pani domu robi 5 posiłków dziennie i jeszcze chodzi 7 razy w tygodniu na fitness, ale nie jest on chyba specjalnie rzeczywisty, prawda? ;)

Jeśli jesteś zmęczona, nie znosisz sprzątać, nie masz czasu, jesteś chora, albo przyjeżdża ktoś kto jest twoją mamą i jednocześnie pedantem z obsesją na punkcie porządku – zamów kogoś do posprzątania mieszkania. Ze swojej strony mogę polecić z czystym sumieniem Pozamiatane.pl. Nie tylko zyskujesz spokój i więcej czasu, ale również dajesz szansę na wykonanie i usługi komuś, kto dzięki temu zarabia. Na mieszkanie trzypokojowe potrzeba ok 3,5 godziny, które można spędzić na przykład na maratonie fitness. Jeśli czytasz to i jesteś z Warszawy nieustająco polecam trzy instruktorki: Marcelinę Sankowską od jogi, Martę Miłosz od sztang i Dorkę Baczyńską od trampolin. Są super :)

Można outsource’ować różne obowiązki – zatrudniając księgową, oddając koszule do magla, zlecając komuś remont czy malowanie ścian, zamawiać zakupy online zamiast jeździć po nie samochodem, czy jak ja, komunikacją. Warto przekalkulować sobie, ile czasu można w ten sposób zyskać i na ile poprawi się samopoczucie.

A wy jakie macie patenty na swoje własne 5 prostych pomysłów na prostsze życie? :)

  • Uproszczenie pomaga! Detoks informacyjny u mnie jeszcze trwa, ale już jest na dobrej drodze :) Co jeszcze u mnie? Wiele mi dało uproszczenie szafy, Czyli postawienie na kilka bazowych kolorów, wybór rzeczy które lubię i chętnie noszę. Dzięki temu zniknęło (naprawde!) poczucie, że nie mam się w co ubrać, przestałam szukać i potrzebować nowych rzeczy, czyli chodzenie po galeriach, za kórymi nigdy nie przepadałam odbywa się u mnie sporadzycznie. Dorzuciłabym też uproszczenie kosmetyków, kiedyś miałam całą półkę szaponów, odżywek, żeli pod prysznic i balsamów, teraz mam jedno mydło. jeden środek myjący włosy i pukankę, którą przygotowuje z wody i octu jabłkowego. Nie chodzę po sklepach i nie wyszukuję nowości, Nie dość, że jest mi łatwiej bo nie marnuje czasu to jeszcze przekłąda się to na finanse, poprostu wydaję mniej.

  • Pingback: Magiczne donaty w MODzie - MOD recenzja - PINCHOFSALT.PL()