4 rzeczy dotyczących pracy które chce Ci powiedzieć minimalista

Nie zajmuję się na blogu za bardzo swoją strefą zawodową, bo to nie miejsce na tego typu rozmyślania. Jestem nudziarą. Nie utrzymuję (i nie chcę) utrzymywać się z bloga, nie prowadzę swojego biznesu online (chociaż uwielbiam patrzeć, jak robi to z powodzeniem na przykład taka Joasia Glogaza), a jedyny kurs online, jakie mogłabym stworzyć to chyba jak stosować metodologię fuck it w praktyce. No, może jeszcze przychodzi mi do głowy coś w stylu „Tropienie nabiału i laktozy, poziom zaawansowany”, albo „Wyglądanie na słodszą i głupszą niż w rzeczywistości i czerpanie z tego tytułu wymiernych korzyści masterclass”. Cóż.

Bycie jednocześnie specjalistą z kilkuletnim doświadczeniem, z płynną dwujęzyczną komunikacją, minimalistką i osobą zaliczaną wiekowo do niesławnego pokolenia milenialsów czyni ze mnie całkiem interesujący przypadek. Od czwartego roku studiów pracuję na umowę o pracę, przerobiłam już takie skrajności jak duże firmy FMCG, oldskulowa niemiecka korporacja, startup, coś co udaje startup chociaż na pewno nim nie jest i w sumie to nie wiadomo czym jest, czy wreszcie, centrala znanych marek odzieżowych. Bywało różnie, z naciskiem na naprawdę bardzo, bardzo różnie. Niektóre anegdotki, które opowiadam… ludzie nie chcą w nie wierzyć, chociaż zdarzyły się w jednej czy drugiej, pełnej pracoabsurdów rzeczywistości.

Dlaczego pomyślałam, że warto napisać tę notkę? Do Polski z dużym ociąganiem, ale jednak zaczyna zbliżać się trend na rynek pracownika. Przykłady w całej notce to kolektywna wiedza autorki, jej lepszej połowy i masy znajomych, którzy przynieśli perełki z wielu ciekawych firm.  W tym pięknym kraju, gdzie nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące (kto zaczął podśpiewywać? ;)) to szokująca sytuacja. Zupełne odwrócenie ról, gdzie rozmowa kwalifikacyjna przypomina jeden z niesławnych castingów na wynajem mieszkania w stolicy. Jest dużo stanowisk, ale nie do końca jest już komu na nim pracować. Jeśli ogłoszenie jest absurdalne (duże wymagania, niska płaca etc.) to potrafi wisieć nawet siedem, dziesięć miesięcy i straszyć na pracuj.pl. Albo jeszcze gorzej: po kilku miesiącach ktoś się niby w końcu znajduje, tylko po to, żeby wrócić po kilku kolejnych i tak w kółko. Nie, nie dlatego, że szukają tam piątego marketing managera bo tak fantastycznie się rozwija biznes. Niestety.

Doczekaliśmy czasów, gdzie potencjalni pracownicy odwracają pytanie: a co wy możecie mi dać, poza laptopem, telefonem, nazywanymi czasem szumnie narzędziami niezbędnymi do wykonywania pracy i wynagrodzeniem, wpływającym co miesiąc na konto? Kim jesteście? Co motywuje Ciebie, mój przyszły szefie, do wstawania codziennie rano z łóżka? Czy szanujecie swoich pracowników? Macie jakieś działania związane z dobroczynnością? Jakie są wasze wartości?

4 rzeczy dotyczące pracy które minimalista chce Ci powiedzieć

W wielu firmach rektuterzy i managerowie dosłownie wytrzeszczają na takie pytania oczy. Ale jak to, nie wystarczy, że mamy prywatną opiekę medyczną/benefity/konsolę w biurze/kanapki od Ślimaka i Rollo/konsolę w biurze żebyś jeszcze więcej w nim siedziała/wstawcie tu cokolwiek/ i że możesz u nas pracować, przecież to zaszczyt, splendor, chwała i +100 do wszystkich atrybutów. My, minimaliści jesteśmy raczej obojętni wobec wspomnianych splendorów, zaszczytów i tego typu rzeczy. Czy obchodzi mnie, ile nagród wygrała firma, albo jak wygląda jej EBITDA? No niekoniecznie. Czy obchodzi mnie, że firma raz w roku kupuje prezentom dzieciom z SOS Wiosek dziecięcych i angażuje do tego pracowników, albo biega w Warsaw Business Run? Że mogę popracować z domu, wyjść do lekarza albo na kawę? Jak najbardziej. Oto kilka rzeczy, które jako minimalistka na rynku pracy chciałabym wam opowiedzieć, pracownicy i pracodawcy czytający tą notkę.

Pracownik nie jest własnością firmy

Nie zrozumcie mnie źle, proszę. Praca to praca, a życie to życie. Nie rozumiem i nie popieram przekraczania tej granicy. Swoją pracę warto lubić (albo w wariancie minimalnym, warto jej nie nielubić), ale większość pracodawców, szefów i managerów z jakiegoś dziwnego powodu pokutuje przeświadczenie, że niezależnie od sytuacji, powinniśmy siedzieć codziennie maksymalnie długo. Wiadomo, czasem wypadnie coś w ostatniej chwili albo jest do zrobienia coś ważnego. Normalna sprawa, prawda? Ale już wysiadywanie tzw. dupogodzin, albo wymaganie od pracownika, żeby rezygnował ze swojego życia rodzinnego to jakiś smutny absurd. Przykłady? Bycie zdenerwowanym, że ktoś nie chce pojechać na imprezę firmową, bo ma w tym czasie na przykład urodziny dziecka, albo chce spędzić ostatni weekend przed świętami z rodziną. Ja jestem niestety pierwsza do zostania dłużej… kiedy wymaga tego sytuacja. Kiedy nie, wychodzę po równych 8 godzinach pracy, zamykam ten dzień i zaczyna się moje życie rodzinne i osobiste. Nie sprawdzam poczty, mam wyłączone powiadomienia w telefonie. Będąc w domu, jestem w domu. Sprawia to, że będąc w pracy, skupiam się maksymalnie na pracy. Kiedy słyszę, że ktoś w wolnym czasie, wieczorem, wysyła sobie maile to strasznie mnie to dziwi, smuci i wkurza. Pamiętam, że na jednej z rekrutacji w dużej firmie farmaceutycznej pan z dumą powiedział, że  u nich za odpowiadanie na maile przed 7 rano i po 19 są upomnienia. Serio?

4 rzeczy dotyczące pracy które minimalista chce Ci powiedzieć

Twój pracownik i podwładny nie jest robotem ani zabawką

Czytałam ostatnio, że większość kadry zarządzającej w Polsce zajmuje zupełnie niewłaściwie stanowiska. Prawdziwi liderzy to ci, którzy raczej nie pchają się na przysłowiowy świecznik. Zbytnia pewność siebie i bycie wyjątkowo niemiłym uznawane jest za drapieżną pewność siebie. Chamstwo za bycie rekinem biznesu (o zgrozo). Rozgrywanie pracowników za przejaw inteligencji, a wyniosłość za słuszne przekonanie o własnej wartości. Kiedy ktoś ostatnio w pracy was pochwalił, albo po prostu z wami porozmawiał, zamiast wysyłać maila, na dodatek siedząc w tym samym pokoju? Czasami zastanawiam się, jak takie osoby funkcjonują poza pracą – wiele z nich ma rodziny. W jednym z moich starych miejsc pracy był taki mobbing, że połowa pracowników miała wrzody na żołądku przed 30, a te same panie managerki szły do domu i z miłością zajmowały się mężem, dziećmi czy kotem. Jak to możliwe, że mamy nagle dwie twarze? Ostatnio usłyszałam w formie nieśmiesznego „żartu”, rzuconego przy całym zespole, że zamiast prosić o wyjście godzinę wcześniej do lekarza, powinnam, cytując, uprawiać więcej seksu. Szefowie i dział HR stwierdzili, że to nie mobbing i seksizm, a jedynie mało śmieszny żart. Nie dla mnie. Podobnie pijani koledzy, którzy uważają za normalne obściskiwanie się na imprezach firmowych. W firmie wzruszano ramionami, a mnie na samą myśl podnosiło się ciśnienie.

4 rzeczy dotyczące pracy które minimalista chce Ci powiedzieć

Pieniądze, stanowiska, splendor… to nie wszystko

Często słyszę, że w takiej wspaniałej firmie to każdy by się zabił, żeby tylko tu pracować. No, poważnie. Kiedy dopytuję to nagle okazuje się, że firma, chociaż na Goldenline i Goworku ma słabe opinie i bardzo dużą rotację, uważa, że jest rewelacyjna. Co roku wygrywamy certyfikat na najlepszego pracodawcę. Mamy w biurze świeże owoce i konsolę (żeby spędzał/a tu jeszcze więcej czasu), do tego dostajesz uwaga-uwaga, laptop i telefon, które sam sobie możesz kupić. Jesteśmy startupem/korporacją/firmą rodzinną z tradycjami (wybierzcie sobie które najmniej lubicie). Ale jak to nie masz włączonych powiadomień na swoim drogim służbowym telefonie? Ale jak to nie odbierasz w weekend i nie odpisujesz na moje maile wieczorem?  Że co, że minimalizm proszę? Ale jak to nie interesuje cię laptop z logo jabłuszka, telefon i biuro w najmodniejszym wieżowcu w Warszawie?

Nikt nie jest przyklejony do jednego miejsca pracy, zwłaszcza teraz

Ostatni punkt, ale ważny w kontekście wspomnianego wyżej rynku pracownika. Jeśli ktoś notorycznie łamie ogólnie pojęte zasady, później jest zdziwiony/obrażony że pracownik decyduje się złożyć wypowiedzenie. Pokolenie naszych rodziców, które bardzo często pracowało i ciągle pracuje w jednym miejscu załamuje ręce. Ale jak to zmieniasz pracę? Co z tego że ta nowa będzie lepiej płatna i nie będzie tam toksycznego szefa/szefowej, skoro to kolejna zmiana pracy dziecko drogie? A pracodawca jest wielce zdziwiony. Bo te chamskie i nie na miejscu żarty to były tylko żarty, a dręczenie psychiczne oczywiście nigdy nie miało miejsca. Ostatnio usłyszałam od koleżanki, że robi regularne print screeny maili, bo teksty, jakie tam się pojawiają, są tak nieprofesjonalne i seksistowskie, że z miejsca wygrałaby każdy proces. Znana, szanowana międzynarodowa firma. Koleżanka rozważa też nagrywanie rozmów. Dlaczego wcale się jej nie dziwię? Albo zapytam inaczej: dlaczego pracodawcy, szefowie, managerowie uważają, że mają prawo do „śmiesznych tekstów”, które są po prostu zwyczajnie i po ludzku, nie na miejscu?

Anegdotka z życia wzięta: jedna z bliskich mi osób usłyszała na rozmowie w znanej agencji rekrutacyjnej z siedzibą w Lumenie, że zmienianie pracy po roku źle wygląda w CV. Pani rekruterka wydęła usta w dezaprobacie, ale zapomniała, że ma publiczny profil na LinkedIn. Osoba o której piszę, ma pożyteczny nawyk zapoznawania się z kim rozmawia wcześniej, więc na chwilę się zdziwiła. Kiedy już doszła do siebie, zapytała grzecznie, czemu mówi to osoba która zmieniła pracę po bodajże 9 miesiącach, na co wskazuje wyżej wymieniony portal. Teraz pani HRka była tak zszokowana i oburzona, że rozmowa skończyła się szybko. Ci sami headhunterzy, którzy próbują zamknąć projekt i mają nóż na gardle, przekonują, że przecież nie ma niczego złego w zmianie pracy po dwóch miesiącach, są zdecydowanie mało wyrozumiali kiedy sytuacja jest odwrócona. Gdzie w tym wszystkim sens? Wystarczyłoby, żeby wszystkie strony zaczęły się nawzajem szanować.

Jakie są wasze odczucia w tym temacie? Dajcie znać w komentarzach!